Pobierz odtwarzacz Adobe Flash Player

Ballada o cierpliwym chłopcu

Prawie że nasiąknął papier zapisany
słowy jak elegant strojnie ubrany,
lecz pieśni lecą daleko w te strony
jak jaskółki, klucz gęsi, kraczące wrony...
Razem z ptakami niosą się powieści
o chłopcu, co czuł wciąż ból samotności
i chociaż miał serce dobre i godne,
bardziej lubiano czyny karygodne...

Ów młodzian o wzroku bystrym, życzliwym
był na losy innych ludzi wrażliwym
i chciał za każdym razem dawać, niż brać
bez zwrotu i nie mówiąc: "Psia wasza mać!"...
Żywot niestety stawił mu na drodze
złe duchy, co wciąż życzyły mu srodze,
by jego duszę fala złości zmyła;
dobroć z serca, nie udawana była...

Lata mijały, a dobroci, złości
rosły z ludźmi i w każdym się rozgości
odrobina światła i szczypta mroku
każdy wybrał, z kim dotrzyma kroku...
Chłopiec przystojny, niczym kwiat majowy
szedł z dobrocią, choć wlókł z sobą okowy
pod postacią drwin, szyderstw oraz śmiechów
tych, co od dziecka szli ze złem powiewów...

Mówią, że serce prawe łatwo skazić,
by złości służyło, w podłości poprawić,
jednak pomimo prób, po wielu latach
młodzian wcale nie odgryzł się na katach...
Przyszedł czas, co zmienił mu nawet kości:
to Eros przeszył go strzałą miłości,
kiedy dostrzegł na ziemi tę jedyną:
swego Anioła, co szedł ścieżyną...

Uroda jej niby róża kwitnąca,
droższa niż skarby - to piękność chodząca!
Chłopak, gdy poczuł miłości ukłucie,
chciał pokazać dziewczynie swoje uczucie...
Raz ją zagadnął młodzian dobrotliwy,
lecz nagle wzrósł w nim wstyd ogromny, dziwy,
bo sam nie wiedział, co jej powiedzieć!
Sądził, że to do upadku go wiedzie...

Ona zaś, widząc jego kłopotanie
czekała - może odpowiedź zastanie,
jednak po chwili głośno się zaśmiała
i rzekła: "Ty! Robisz z siebie pedała!"
Słowa jej ugodziły duszę jego,
przypominając motłochu podłego
te same słowa, co wyrzekł eks-anioł
i myślał, czemu ten demon go zagiął?

Gdy okazało się, że najpiękniejsza
ku podłości bardziej jest ponętniejsza,
chłopiec myśl podjął, aż zaczął się pienić:
dla niej z miłości musi się odmienić!
Jak ma to zrobić? Nie znał ni sposobu -
myślał, że z myślami pójdzie do grobu,
więc z umysłem pełnym niewiadomych
poszedł do mędrca po myśli swobodny...

Mędrzec stary, który poznał młodzieńca
i wiedział o jego dobroci serca,
kiedy poznał zmartwienia przybyłego
odrzekł, kładąc dłoń na ramieniu jego:
"Ja znam cię od malutkiego dziecięcia -
ty żyjesz dla dobroci przedsięwzięcia,
więc czemuż chcesz swoje serce zatruwać,
by być ze złą, którą ty pragniesz kochać?!

Dobrze czujesz, że nie tędy ta droga
wiedzie, którą się karmią złości, trwoga,
które na to czynią ludzi słabymi,
co byłoby im bardziej korzystnymi...
Ludzie to gatunek iście zawistny:
robią tak, by czyn dobry był komiczny
po to, aby swe słabości zakrywać,
by nie być gorszym i z innych podrwiwać...

Nie niszcz przenigdy swej serca dobroci,
bo kiedyś odmieni wszystkich złych gości,
co ci urągali, cię wyśmiewali:
twe dobre serce ich wszystkich ocali!"
Chłopiec jeszcze chwilę się zastanawiał,
a gdy pojął, mędrcowi odpowiedział
słowem podzięki, jak przyjacielowi
i oczekiwał, gdy źli staną się nowi...

I tak znów upłynęło parę wiosen;
młodziana wciąż bili języka ciosem
i jego Anioł także zniszczyć go chciał,
ale chłopak za tarczę cierpliwość miał...
Nastała raz nocka całkiem spokojna,
lecz w jednym domu naprawdę upojna -
tam Anielica zrobiła imprezę,
a jej przebieg tę oto miał genezę:

Dziewczyna urodziny wtedy miała,
a matka z ojcem daleko jechała,
więc za zgodą bibę tam urządziła -
niestety, z jednym się nie pogodziła:
została w domu z pięcioletnią siostrą
na astmę chorą; musiała z pokorą
zająć się nią, ponieważ żywiciele
nie mogli jej zabrać - szli na wesele...

Anielica, chociaż złośliwa była,
kochała siostrę; do niej się zbliżyła
i nie chcąc sprawić duszności ataków,
dała małej w soku nasennych środków...
Kiedy impreza miała się rozkręcać,
stało się coś, czego nikt się spodziewać
nie czekał: jeden z gości Anielicy
zasnął z petem w dłoni bez popielnicy...

Upadł płonący w dywan niedopałek
i nikt nie poczuł, że właśnie kawałek
ten tlić się zaczął coś tak jakby równo,
lecz gdy spostrzegli, było już za późno...
Przeznaczenie dało, że o tej porze
chłopiec ów wracał do domu w pokorze
po pracy znużony, zmęczony cały
i ujrzał dym ognia - czarny, nie biały...

Szybko tam przybył i ujrzał tłum ludzi,
co patrzył w pożar, a nikt się nie trudził,
ażeby poznać, jak to się zdarzyło;
z dala syreny straży słychać było...
Wśród tłumu ujrzał mu urągających,
coś mówiących, a prawie że krzyczących
na Anielicę, co łkając wołała:
"Ratujcie mą siostrę! Ona została!"

Widział młodzian, że mimo jej lamentu
nikt nie chciał pomóc wśród tego zamętu,
więc spojrzał na ogrom ognia wielkiego
i drżał na los dziecka uwięzionego...
Myślał w duchu: "Jak mogła zapomnieć
o swej siostrze, przecież ona tam spłonie!!"
Nie zważając na lud, na życie swoje,
podbiegł i skoczył w ogniste podwoje...

Poznali ludzie dobrego młodzieńca,
lecz za późno powstrzymali straceńca,
co w ognie palące wkroczył odważnie -
myśleli, że chłopiec tam skończy marnie...
Źli goście dostrzegli tego chłopaka,
co z niego drwili; z odwagą strażaka
on w płomień wszedł bez żadnej ochrony!
Zły omen nadszedł: krakały tam wrony...

Prosząc, ujrzała go Anielica,
a kiedy skoczył, pobladły jej lica -
uklękła, a za nią ludzi pagórek
i za dwie dusze zmawiali paciórek...
Mijały chwile, przybyli strażacy
i wtedy, niby ten kelner na tacy,
na rękach niósł chłopak śpiącą dziewczynkę;
gdy ją oddał, padł jak martwy na szczękę...

Wszystkich wielkie strwożenie otoczył
i choć dziecka życie się nie skończyło,
to mówili, że chłopak z świata odszedł,
że duch bohatera ku niebu poszedł...
Nagle przybyła karetka; lekarze
wyjęli nosze, sprawili bandaże
i choć płomień twarz brzydko mu przeszył,
doszły głosy nadziei: "On będzie żył!"

Koguty brzmiały i heros odjechał;
wszyscy prosili, by starości czekał...
Anioł płaczący siostrzyczkę przytulił
i do Złych wrzasnął, aż każdy się skulił:
"Spójrzcie, niegodni! Tyleśmy mu złego
czynili, a on zupełnie z niczego
życie naraził, mą siostrę ratował,
a wy - koledzy!? Każdy się chował!

Chłopiec ten ogromnego jest podziwu,
dobre serce zmusiło go do zrywu!
Ja mu z pogardą wysyłałam gwizdy,
a to WY jesteście skończone pizdy!!"
Tamci zwiesili tylko w dół swe głowy
z myślą, że tyle lat, z tyloma słowy
pogardzali tym, co życie by stracił,
gdy oni - tchórze - robili do gaci...

Jakiś czas upłynął; ludzie widzieli
chłopca z bliznami, kiedy mu ściągnęli
lekarze okrycie z ran poparzonych,
a on czuł się niby upokorzony...
Wydarzył się cud w jego życiu jednak:
kiedy on, szpetny, czuł się jak biedak,
złotowłosa Anielica z wdzięcznością
dziękowała, darząc go swą miłością...

Nawet i urągający mu podli
zmienili swój żywot, po czym ci poszli
do obśmiewanego i cali drżący
przebaczenia prosić z chęci gorący.
Młodzian nie mógł odrzucić prośby szczerej,
wybaczył wszystko, choć tłumaczył pierwej,
że nie ma żalu... To spowodowało,
że przyjaźnią to grono się związało...

By ta opowieść zakończenie miała,
Anielica chłopca żoną została
i jak w mitach, mędrzec zaproszon tam był,
dobrze się bawił, tam miód i wino pił...
Starca mądrości to wszystko sprawiły,
że dobre serca złości zwyciężyły...
Taką historię przyniosły mi ptaki,
dzieląc ją z wami - dziewczyny, chłopaki...

(zainspirowany "Balladami i romansami" A. Mickiewicza)
[dnia 20 listopada 2012]

Autor: Nick Thore Kategoria: Bajki

 

Oceń wiersz

 

Komentarze

Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy. Jeśli nie masz jeszcze konta, możesz się zarejestrować.


Z ZACIEKAWIENIEM CZYTAŁAM ...bycie dobrym popłaca ...;) 5

  • Autor: ivonna Zgłoś Dodany: 18.07.2013, 12:23